Do Mstowa wyruszyliśmy z Olsztyna około godziny 9:00.
Konkretnie od podnóża olsztyńskiego zamku. Postanowiliśmy dotrzeć do szlaku niebieskiego
i zgodnie z jego wskazaniami pomaszerować do celu. Kostury w dłoń, jeden plecak, który
nosiliśmy na zmianę (moja żona i ja), dobry humor, wygodne buty i na przełaj spod zamku
do Turowa.
Przez łąki, małe zagajniki - dotarliśmy do pierwszych zabudowań
miejscowości. Dalej asfaltową drogą do pierwszego niebieskiego oznaczenia.
Minęliśmy małą stacyjkę kolejową, po czym asfaltowa droga oraz Turów pozostały za nami.
Lekko pod górę i leśną drogą (las nieciekawy) dalej zgodnie z oznaczeniami.
Po wyjściu z lasu zrobiliśmy popas, bo słońce już dobrze grzało.
W oddali w kierunku północnym było już widać zabudowania wsi Małusy Wielkie.
Sama miejscowość jest niewielka i wydawała się wymarła.
Nawet sklepik na skraju wsi był zamknięty. Mieścił się on w domku jednorodzinnym i
postanowiłem poprosić gospodarzy o jego otwarcie. Tak też się stało. Uzupełniliśmy
napoje i wiktuały. No i dalej w drogę. Wśród pól parliśmy do przodu lekko pod górę.
Kamienista początkowo droga zaczęła z wolna zamieniać się w zarośniętą trawą ścieżkę.
Minęliśmy gruszę stojącą samotnie przy drodze (gruszki były cierpkie).
Teren zrobił się płaski porośnięty tarniną i głogami. Byliśmy na szczycie góry a
właściwie wzniesienia o nazwie Skarżawa. Na szczycie stoi krzyż z blaszanym Chrystusem.
Monotonna pod względem widokowym droga powiodła nas lekko w dół.
Natrafiliśmy na rosnąco dziko śliwę mirabelkę. Było na niej mrowie pysznych,
żółtych śliweczek. W oddali było już widać zalesione zbocza - Góry Chrapoń i zabudowania Mstowa.
Droga zaczęła opadać stromo w dół i nagle po lewej stronie ukazały się zadbane
sady (śliwy i jabłonie). Szlak prowadził małym wąwozem aż do pierwszych zabudowań Mstowa.
Bita droga skończyła się i weszliśmy pomiędzy zabudowania (ul. Wolności).
Nowe chodniki układane z "puzli", w miarę czysto, sporo odremontowanych domów.
Ulicą wolności doszliśmy do ryneczku, gdzie stoi pomnik A. Mickiewicza.
Stąd już niedaleko do klasztoru. Wspaniały obiekt, ale mogliśmy podziwiać go tylko
z zewnątrz, gdyż sama świątynia była niestety zamknięta.
Zrobiliśmy kilka zdjęć i trzeba było już wracać. Słońce co prawda stało jeszcze dość wysoko, ale do Olsztyna daleko.
Połączenia autobusowego z Olsztynem nie ma. Trzeba by jechać najpierw do Częstochowy, a
później do Olsztyna. A nogi już czuły pokonany dystans.
Usiłowałem namówić żonę na złapanie stopa. OK. Próbowałem coś zatrzymać przez 10 min.
ale bez skutku. I tak postanowiliśmy wracać pieszo ( dojazd stopem do Olsztyna byłby możliwy jedynie
z przesiadką, tzn. do Mokrzesza, stamtąd do Skowronowa i dopiero na Olsztyn. Nie ma bezpośredniej drogi).
Tą samą trasą doszliśmy do miejscowości Małusy Wielkie i tam
za poradą miejscowych odbiliśmy w prawo do Małusów Małych. Dalej za radami mieszkańców
(bardzo sympatyczni) poszliśmy na Górny Turów (skrótami) i weszliśmy do lasu.
W lesie zaczęło się robić całkiem ciemno. Żona była zaniepokojona, że zabłądzimy.
Na szczęście lasek okazał się niewielki i po chwili wydostaliśmy się na łąkę,
za którą, co za ulga, była już szosa z Turowa do Olsztyna. Wyszliśmy z lasu i
stanęliśmy zauroczeni wspaniałym widokiem. Na tle czerwonego zachodzącego słońca
było widać majestatyczne ruiny olsztyńskiego zamku. Uwierzcie mi, że widok był
naprawdę wspaniały. Jeden skok do szosy, jedno machnięcie ręką i już jedziemy stopem
do Olsztyna około 2,5 km. "Skąd Państwo idziecie?" zapytał uprzejmy kierowca.
"Z Mstowa". "Skąd??" - aż przyhamował. "No z Mstowa ale na przełaj".
"No to twardzi jesteście". Jeszcze chwila i rynek w Olsztynie.
Podziękowaliśmy pięknie i biegiem na zamek zrobić jeszcze kilka ciekawych zdjęć.
Później umordowani poszliśmy na kwaterę, szybka kolacja i do spania.
"Wycieczka monotonna, męcząca, ale dająca satysfakcję".
Powyższy tekst został przedstawiony w wersji oryginalnej autora, bez dokonywania jakichkolwiek zmian.
|