Wycieczka na Zieloną Górę

nadesłano: 19 luty 2007,
autor: Wędrowiec,
dodano: 16 marca 2007.


   Poranek był pochmurny i nie nastrajał do wychodzenia z kwatery. W tym dniu mieliśmy zaplanowaną wyprawę do Mstowa, ale ze względu na pogodę i wiszące nad głowami chmury deszczowe postanowiliśmy (ja i moja żona) zmienić plan działania. Mstów zajmie nam cały dzień. Trzeba wybrać krótszą trasę. Bardziej spacerową - taka zapadła decyzja po naradzie wojennej.
   Zielona Góra. OK!
   Szybkie śniadanie, plecak na ramię, kostury w dłoń i w drogę!
   Z olsztyńskiego rynku wyruszyliśmy około godziny 11tej ul. Mstowską w stronę pomnika i cmentarza. Zaraz za ostatnimi zabudowaniami Olsztyna odbiliśmy w lewo na szlak rowerowy, nie pamiętam jaki miał kolor. No i zaczęło padać. Ale nie straszny dla nas burzy czas. Ubraliśmy foliowe poncza ( bardzo praktyczne) i dalej w drogę. Piękny las otoczył nas i jakby zapraszał do dalszego marszu. Po dłuższej chwili zeszliśmy z rowerowego szlaku i ścieszkami leśnymi parliśmy dalej - byle w nieznane! Spotkaliśmy kilku grzybiarzy i pytaliśmy ich o drogę. Każdy dziwił się, że w taką pogodę wędrujemy zamiast siedzieć w domu. My im na to, że nie przyjechaliśmy do Olsztyna aby siedzieć w pokoju, ale po to, by jak najwięcej zobaczyć w okolicy. Zaczęło wiać i naprawdę solidnie padać. W butach juz chlupała woda. Nagle ni z tego ni z owego znaleźliśmy się przed wjazdem na Osiedle Pod Wilczą Górą. Poszliśmy dalej wzdłuż betonowego ogrodzenia osiedla i znowu zagłębiliśmy się w las. A tu deszcz nie ustaje! Urokliwe poranki, przesieki, piaszczyste połacie porośnięte jałowcami i niestety dzikie wysypiska śmieci (włącznie ze starymi wersalkami i potłuczonymi telewizorami) kształtowały tamtą okolicę. Minęło niewiele czasu jak "wyskoczyliśmy" na aswaltową drogę pomiędzy pierwszymi zabudowaniami Kusięt. "Panie, jak na Zieloną Górę"... zawołałem do przemoczonego rowerzysty. "Przez tory i w prawo" - odkrzyknął nie zatrzymując się. No dobra. Pokonaliśmy "wąwóz" linii kolejowej i łąką bez ścieżki ruszyliśmy dalej. Co jeszcze było suche od kolan w dół - to po przejściu kilku kroków po wysokiej trawie już takie nie było. Z prawej strony mieliśmy tory i zabudowania miejscowości. Po około 500-600 m. doszliśmy do bitej drogi, gdzie napotkaliśmy czerwony szlak. Tuż obok była tablica z informacją, iż jesteśmy u podnóża ZG. Łagodne podejście zaprowadziło nas na szczyt - było ślisko i nieprzyjemnie. Na szczycie wiało jeszcze mocniej. Zgodnie z zapowiedzią przewodnika (z 1977 roku) spodziewaliśmy się zobaczyc piękną panoramę Częstochowy, jednak od czasu jego wydania upłynęło prawie 30 lat, i w tym czasie urosły drzewa, zasłaniając całkowicie widoki. Odnaleźliśmy skałę Diabelskie Kowadło i zrobiliśmy kilka zdjęć. Przestało padać. Małe doładowanie akumulatorów i w dół. Znaleźliśmy wejście do jaskini w ZG, ale nie próbowaliśmy nawet do niej wchodzić - ślisko, błotnisto, niebezpiecznie. Po drodze spotkaliśmy niosącego z mozołem rower, turystę. Też był cały mokry i chyba trochę zdegustowany pogodą. Niósł rower, bo było za stromo, żeby jechać. U podnóża ZG niebo nagle pękło i ukazało się słonko :) Zrobiło się ciepło i parno jak w szklarni. Ufff... Wracaliśmy czerwonym Szlakiem Orlich Gniazd w pełnym słońcu i z lepszymi humorami. Ubrania, a nawet buty, zaczęły powoli wysychać. Jeden skok z Kusięt do Gór Towarnych. Okolica piękna!. Podnóża GT porośnięte są młodymi świerczkami. Przyległy teren też jest porośnięty kępami świerczków i pojedyńczymi drzewami. Wśród tych choinek spotkaliśmy miejscowych zbierających maślaki. Zaczęliśmy podnosić gałęzie drzewek, i rzeczywiście było pod nimi mnóstwo grzybów. Oczywiście byliśmy znowu przemoczeni od wody zebranej na gałęziach. W doskonałych humorach wrociliśmy do Olsztyna. Kolacja z maślaków była wspaniała!

Powyższy tekst został przedstawiony w wersji oryginalnej autora, bez dokonywania jakichkolwiek zmian.

© EGZOR - Arek Klecz ::: Częstochowa 2006 ::: jurajskie.strony.pl