Poranek był pochmurny i nie nastrajał do wychodzenia z kwatery.
W tym dniu mieliśmy zaplanowaną wyprawę do Mstowa, ale ze względu na pogodę i wiszące
nad głowami chmury deszczowe postanowiliśmy (ja i moja żona) zmienić plan działania.
Mstów zajmie nam cały dzień. Trzeba wybrać krótszą trasę. Bardziej spacerową -
taka zapadła decyzja po naradzie wojennej.
Zielona Góra. OK!
Szybkie śniadanie, plecak na ramię, kostury w dłoń i w drogę!
Z olsztyńskiego rynku wyruszyliśmy około godziny 11tej ul.
Mstowską w stronę pomnika i cmentarza. Zaraz za ostatnimi zabudowaniami Olsztyna
odbiliśmy w lewo na szlak rowerowy, nie pamiętam jaki miał kolor. No i zaczęło padać.
Ale nie straszny dla nas burzy czas. Ubraliśmy foliowe poncza ( bardzo praktyczne) i
dalej w drogę. Piękny las otoczył nas i jakby zapraszał do dalszego marszu. Po dłuższej
chwili zeszliśmy z rowerowego szlaku i ścieszkami leśnymi parliśmy dalej -
byle w nieznane! Spotkaliśmy kilku grzybiarzy i pytaliśmy ich o drogę.
Każdy dziwił się, że w taką pogodę wędrujemy zamiast siedzieć w domu.
My im na to, że nie przyjechaliśmy do Olsztyna aby siedzieć w pokoju, ale po to,
by jak najwięcej zobaczyć w okolicy. Zaczęło wiać i naprawdę solidnie padać.
W butach juz chlupała woda. Nagle ni z tego ni z owego znaleźliśmy się przed wjazdem na
Osiedle Pod Wilczą Górą. Poszliśmy dalej wzdłuż betonowego ogrodzenia osiedla i znowu
zagłębiliśmy się w las. A tu deszcz nie ustaje! Urokliwe poranki, przesieki,
piaszczyste połacie porośnięte jałowcami i niestety dzikie wysypiska śmieci
(włącznie ze starymi wersalkami i potłuczonymi telewizorami) kształtowały tamtą okolicę.
Minęło niewiele czasu jak "wyskoczyliśmy" na aswaltową drogę pomiędzy pierwszymi
zabudowaniami Kusięt. "Panie, jak na Zieloną Górę"... zawołałem do przemoczonego
rowerzysty. "Przez tory i w prawo" - odkrzyknął nie zatrzymując się. No dobra.
Pokonaliśmy "wąwóz" linii kolejowej i łąką bez ścieżki ruszyliśmy dalej.
Co jeszcze było suche od kolan w dół - to po przejściu kilku kroków po wysokiej trawie
już takie nie było. Z prawej strony mieliśmy tory i zabudowania miejscowości.
Po około 500-600 m. doszliśmy do bitej drogi, gdzie napotkaliśmy czerwony szlak.
Tuż obok była tablica z informacją, iż jesteśmy u podnóża ZG. Łagodne podejście
zaprowadziło nas na szczyt - było ślisko i nieprzyjemnie.
Na szczycie wiało jeszcze mocniej. Zgodnie z zapowiedzią przewodnika (z 1977 roku)
spodziewaliśmy się zobaczyc piękną panoramę Częstochowy, jednak od czasu jego wydania
upłynęło prawie 30 lat, i w tym czasie urosły drzewa, zasłaniając całkowicie widoki.
Odnaleźliśmy skałę Diabelskie Kowadło i zrobiliśmy kilka zdjęć. Przestało padać.
Małe doładowanie akumulatorów i w dół. Znaleźliśmy wejście do jaskini w ZG, ale nie
próbowaliśmy nawet do niej wchodzić - ślisko, błotnisto, niebezpiecznie.
Po drodze spotkaliśmy niosącego z mozołem rower, turystę. Też był cały mokry i chyba
trochę zdegustowany pogodą. Niósł rower, bo było za stromo, żeby jechać.
U podnóża ZG niebo nagle pękło i ukazało się słonko :)
Zrobiło się ciepło i parno jak w szklarni. Ufff...
Wracaliśmy czerwonym Szlakiem Orlich Gniazd w pełnym słońcu i z lepszymi humorami.
Ubrania, a nawet buty, zaczęły powoli wysychać. Jeden skok z Kusięt do Gór Towarnych.
Okolica piękna!. Podnóża GT porośnięte są młodymi świerczkami. Przyległy teren też
jest porośnięty kępami świerczków i pojedyńczymi drzewami. Wśród tych choinek
spotkaliśmy miejscowych zbierających maślaki. Zaczęliśmy podnosić gałęzie drzewek,
i rzeczywiście było pod nimi mnóstwo grzybów. Oczywiście byliśmy znowu przemoczeni
od wody zebranej na gałęziach. W doskonałych humorach wrociliśmy do Olsztyna.
Kolacja z maślaków była wspaniała!
Powyższy tekst został przedstawiony w wersji oryginalnej autora, bez dokonywania jakichkolwiek zmian.
|